Doprowadzili ją do niepełnosprawności

Kobieta była katowana przez męża i jego kolegę. 4 lata walczyła o sprawiedliwość w sądzie

Dramatyczne wydarzenia, które opisali dziennikarze „Uwagi!” TVN miały miejsce w nocy z 11 na 12 marca 2016 roku. Marta D. przebywała w pokoju, za którego ścianą spały jej dzieci. Nagle, została brutalnie zaatakowana w środku nocy. Kobieta zeznała, że sprawcami byli jej własny mąż i jego kolega. Mężczyźni kopali ją, bili pięściami, a także zadali ciosy nożem. W efekcie kobieta miała przecięte ścięgna oraz zmiażdżone kręgi. Doznane obrażenia doprowadziły do niedowładu ciała i paraliżu. Kobieta aż przez cztery lata musiała walczyć w sądzie o wymierzenie sprawiedliwości swoim oprawcom.

Fotografia poglądowa

Przemoc w domu pani Marty trwał latami. Dopiero ten ostatni atak sprawił, że udało się to przerwać. Kobieta przyznała reporterom TVN, że ma do siebie żal o to, że przez długi czas pozwalała się w ten sposób traktować:

Bardzo długo miałam do siebie pretensje, że wybrałam takiego mężczyznę i ojca dla moich dzieci. Jak ja im spojrzę w oczy i wytłumaczę kiedyś swój wybór, jeśli kiedyś mnie zapytają: Mamo, jak mogłaś wyjść za tego pana?

Krzywda

Ofiara do dzisiaj musi się zmagać nie tylko z nadwątlonym zdrowiem, ale także z głęboką traumą, która wciąż znacząco wpływa na jej codzienne życie. W rozmowie z dziennikarzami przyznała, że dopiero po trzech latach od brutalnej napaści zaczęła przepracowywać doznane krzywdy:

Po trzech latach zaczęłam się mierzyć z lękami. W początkowym okresie wyłącznie przemykałam przez dom, chcąc być niewidoczną. Do dziś nie kąpię się przy zamkniętych drzwiach. Muszę widzieć drzwi, by być pewną, że nikogo nie ma w domu.

Mąż ofiary Paweł W. nigdy jej nie przeprosił za atak. Podczas rozpraw sądowych, pani Marta stanęła przed ciężkim zadaniem zmierzenia się ze swoimi oprawcami, po których zachowaniu można było wnioskować, że nie żałują swojego postępowania. Kobieta wyznała, że czteroletnia walka o sprawiedliwość była dla niej bardzo ciężkim przeżyciem:

Ciężko mi patrzeć na ich postawę w sądzie. Wyszło tak, że to oni patrzą na mnie z dumą, a ja siedzę ze spuszczoną głową. To próba poniżenia i zastraszenia mnie. Staram się już na nich nie patrzeć, lekceważyć ich. Taka konfrontacja nie działa na mnie dobrze.

Wyrok

Sąd pierwszej instancji na ostatniej rozprawie uznał, że oskarżeni będą odpowiadali jedynie za pobicie, a nie usiłowanie zabójstwa. Sędzia twierdził, że mężczyźni nie chcieli pani Marty zabić, a tylko ją upokorzyć. Pokrzywdzona nie mogła uwierzyć w taką decyzję sądu. Nie wziął on bowiem pod uwagę faktu, że gdy mąż kobiety do niej jechał przed napaścią, zadzwonił grożąc jej śmiercią. Najprawdopodobniej pani Marta przeżyła tylko dlatego, że udało jej po tym telefonie zawiadomić policję. Stwierdzono też, że skoro kobieta była tylko pocięta nożem, a nie otrzymała żadnych głębokich ran wskazujących na ciosy, to oprawcy nie mieli zamiaru jej zabić.

W procesie apelacyjnym odrzucono taką argumentację sądu pierwszej instancji i jeszcze raz przebadano materiały dowodowe. Sędzia Marek Długosz powiedział wówczas:

Telefon pokrzywdzonej został wrzucony do muszli klozetowej więc nie miała możliwości wezwać pomocy. Obecne w domu dzieci były zbyt małe, żeby jej pomóc. Czy w tych okolicznościach pokrzywdzona miała by szanse przeżyć? Zdaniem sądu zachodzi wysokie prawdopodobieństwo, że pani Marta by tego nie przeżyła.

Sąd apelacyjny skazał Pawła W. 11,5 roku więzienia. Jego kolega, Mariusz K. został skazany na 9,5 roku więzienia. Z kolei pokrzywdzona Marta D. ma otrzymać 300 tys. zł zadośćuczynienia za doznaną krzywdę. Wyrok jest prawomocny. Kobieta skomentowała ogłoszenie wyroku słowami:

Dla mnie najważniejsze jest to, że to już ostatni dzień na sali rozpraw.